Dzień Błota :-)

18527475_1352346574885246_3535194198850715652_o

Kochani, szaleństwo!

Nasze maluchy, często z tak zwanego „chowu klatkowego” (czyt. chowane w blokach) nie mają możliwości utaplać się w błocie. Pamiętam smutnego chłopca na miejskim placu zabaw, w pięknym ubranku w jasnych kolorach za którym chodziła opiekunka upominająca go, by nie wchodził do piaskownicy bo się pobrudzi.
Któregoś lata wybraliśmy się do osady leśnej w Doboszówce, do przecudownych ludzi Małgosi, Marcina i ich synka. Tam przypomniałam sobie jak wygląda szczęśliwe dziecko, które wieczorem wraca ze stopami tak brudnymi, że aż trudno je domyć, a buzie przypominają mocno spracowanego górnika. Ehhh te czasy brudu… 😉

Pod banderą Wielkiego Zachwytu zachęcam Was do świętowania Międzynarodowego Dnia Błota, który odbędzie się 29 czerwca. Celebrujcie go we własnym gronie albo naszym 🙂 Bowiem zapraszam Was do wspólnego taplania się naszych dzieci i nas (jeśli zechcecie) w błocie. Założenia są proste:

  • pozwalamy dzieciom na swobodną zabawę w błocie,
  • wewnętrzną „spinę” zostawiamy w domu i jeśli mamy ochotę dołączyć do dzieci to zróbmy to!
  • zorganizujmy się; jeśli jesteście z Warszawy lub okolic może wpadniecie do mnie pod Warszawę na kawałek ziemi idealnej do błota, na której rośnie piękny stary dąb; albo jeśli chcecie miejsko to może nad Wisłę, a może macie inne pomysły?
  • przynosimy ze sobą kocyki, coś do jedzenia, może nawet uda się zrobić dla naszych błotnistych dzieci i nas błotnistych dorosłych (bo nie musicie mieć dzieci, żeby się ubłocić) jakiś błotnisty tort 😉
  • spotkajmy się 1 lipca, ponieważ 29 czerwca to środek tygodnia.
  • bierzemy w tym udział na własną odpowiedzialność pamiętając, że ziemia nie jest wysterylizowana 😀
  • jeśli będzie padało? Tym lepiej dla błota 🙂
  • jeśli macie jakieś pomysły to piszcie, zróbmy to razem!

Jeśli poczuliście błotnistego bakcyla odezwijcie się w komentarzu, co o tym myślicie, czy dołączacie, a wtedy ustalimy miejsce i dokładny czas 🙂
My będziemy świętowali na pewno 🙂 A Wy?

Wydarzenie na Facebooku: https://www.facebook.com/events/1324819474306007

Powrót

Wzrastałam w otoczeniu lasu. Nie dziwiły mnie zające, sarny biegające po polu przed naszym domem. Miejscem naszych dziecięcych zabaw był zawsze las. Podchody, szałasy, kryjówki, huśtawki z brzozowych witek. Jagody zbierane wczesnym rankiem, kiedy nasmarowani octem broniliśmy się przed atakującymi komarami. Potem jagodzianki, robione przez mamę i ciocię. Tradycją były coniedzielne spacery nad staw. Tata pokazał mi jak zbierać grzyby. Choć nadal jestem na nie ślepa, wciąż pamiętam radość gdy znajdowałam kolonie podgrzybków. Babie lato… Nasze leśne skarby to konwalie na wiosnę, pałki tataraku, bukszpan na Wielkanoc. Długie wycieczki rowerowe w upalne letnie dni po okolicy, łąkach pełnych zboża, maków, zwierząt. Śpiew ptaków.

Potem, gdy już dorosłam pochłonął mnie inny las… betonowy. Zapomniałam o szumie wiatru pomiędzy liśćmi, zapachu leśnej jesieni, odgłosach zwierząt i skrzypieniu drzew. Od czasu do czasu szukałam go nadzwyczajnie… w Bieszczadach, ale inaczej. Kiedy stałam się mamą i moje życie trochę bardziej skomplikowało się, różne rzeczy stały się trudniejsze, bo już dotyczyły moich małych skarbów, a nie tylko mnie albo gdy pełna determinacji mówiłam „dość” temu co mnie przygniatało, las przyjmował mnie jak rodzic z otwartymi ramionami. Biorąc ode mnie wszystko to, o czym chciałam mu opowiedzieć. Wiosną zaczęłam dostrzegać piękno mojego lasu z dzieciństwa i nagrywać ptaki na dyktafon, żeby je zabrać ze sobą. Wtedy też instynktownie zaczęłam do lasu uciekać, gdy było mi źle. Dawał mi w zamian energię, by wrócić i iść dalej przez betonowy las. Nie byłam świadoma tego jakim jest dla mnie lekarstwem. Po drodze pojawił się jeszcze las Emilii w Kowalkowie, który zaoferował mi dużo siły i odpowiedzi na trudne pytania.

Po powrocie stanowiłam pokazać las moim dzieciom. Do tamtego momentu bywałam w lesie w czasie wizyt u rodziców odbębniając spacery z chłopcami. Nigdy ich tam nie ciągnęło.  Dopiero w listopadzie, chłopcy zostali pochłonięci przez naturę. Jakie mam refleksje?

Nasze wyjście z założenia, miało nie ograniczać ich, mieli chłonąć to co ich otacza tak jak chcieli, nie było zasad ani ograniczeń poza bezpieczeństwem. Ku mojemu zaskoczeniu chłopcy szybko znaleźli sobie coś do zrobienia, a las nie chciał ich wypuścić. To było wyjście bez strofowania, że po lewej stronie leży psia kupa i nie można wejść na trawnik, żeby nie siadać na ziemi bo pupa zmarznie, że się ubrudzą… Drugie nasze wyjście było spontaniczne, tym razem do lasu sosnowego. Tutaj nie musiałam robić nic, żadnych animacji. Mój starszy Syn zajął się toczeniem kul ze śniegu, a później metodycznie zbierał kolekcję lodu, którą skrzętnie ukrył pod gałęziami, bo odmówiłam przewiezienia jej do domu 😉 Nie można go było od tego odciągnąć. Z młodszym ganialiśmy się między drzewami, szukaliśmy patyków, szyszek. Na betonowym placu zabaw, dzieciaki biegają jak opętane przeskakując z jednej pstrokatej zabawki na drugą. W lesie skupiają się na jednej czynności, uruchamiają swoją wyobraźnię. Wystarczy mech, gałęzie, patyki, kamyki, szyszki by pochłonęły ich bardziej niż kolorowe gadżety. Kiedy następnym razem podjechałam do lasu z młodszym synem, nie byliśmy przygotowani do wyjścia, Było zimno i wiedziałam, że musimy wracać do domu. On rozpaczliwie wołał „do lasu!, do lasu!”. Chcą wracać, obydwaj. Ekscytacja z którą szykujemy wyjście, herbatka w termosie, lina, ciepłe ubranie, prowiant, nie da się z niczym porównać. Ogromnie mnie to cieszy.

0dsc04137

fot. Piotr Ł.

Miałam wielkie szczęście wychowywać się wśród natury, na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj chcę to podarować moim dzieciom, by zawsze kiedy będą tego potrzebowały znalazły ukojenie wśród drzew i śpiewu ptaków, stąpając po leśnym poszyciu. Bez sztucznych atrakcji… żeby po prostu tam byli.

PS. Inspiracją dla naszych wypraw był i jest Wielki Zachwyt