Nie oceniaj mnie!

„Nie oceniaj”. Zdaje się, że powinno być przykazaniem w etycznym dekalogu. Słyszałam to nie raz od osób… które oceniały 😉 I zawsze zastanawiało mnie czy to w ogóle możliwe „nie oceniać”? Pomimo kuszącej wizji życia bez bólu, egzystencjalnych rozczarowań i w pełni szczęścia czy tak się da? Czy można wyłączyć funkcję mózgu ot tak, poprzez doświadczanie i trening?

Brak oceniania jawi mi się jako jakiś metafizyczny stan osiągalny jedynie przez mędrców, którzy zaglądają tam gdzie zwykły śmiertelnik nie ma wstępu. Bo tak naprawdę bez oceniania nie da się funkcjonować… tak sądzę 😉 Oceniamy każdego dnia, wszystkich i wszystko, żeby chociażby uniknąć niebezpieczeństw. Nawet widząc naprzeciwko siebie człowieka szybko dokonujemy pobieżnej oceny czy jest przyjazny czy nie. Gdyby człowiek pierwotny nie oceniał, chyba nie byłoby nas dzisiaj na świecie. A może w tej szlachetnej maksymie chodzi o nie nadawanie wartości, szczególnie ludziom. Bo o ile dobry, lepszy i gorszy telewizor nie robi telewizorowi różnicy (a może robi? ;-)), o tyle zaklasyfikowanie człowieka jako przemądrzałego, zadufanego, przewrażliwionego już tak. Kształtuje nasze nastawienie i modeluje nasz kontakt z nim lub wręcz jego brak. A tymczasem pozory często… mylą. Psychologia społeczna szeroko zajmuje się takimi mechanizmami nazywanymi heurystykami, wskazując że oto właśnie one prowadzą często do powstawania błędów poznawczych. A zatem jest to część naszej natury. Uproszczone wydawanie sądów ma ograniczyć ilość informacji, które mózg musi poddać analizie, a przecież nasz mózg nie jest szufladą bez dna. Istnieją dla niego wszakże ważniejsze sprawy do przeanalizowania :-). A ponadto szybkie ocenianie sytuacji często wybawia nas z opresji.

pexels-photo-534204

Nie potrafię wyobrazić sobie, że nie oceniamy, ale potrafię wyobrazić sobie, że nie przyjmujemy za objawienie wniosków wynikających z tych ocen. Co mam na myśli? Jeśli trafiam na mężczyznę, który nosi dresy, po każdym posiłku wypija piwko i właściwie pół dnia chodzi na tzw. rauszu 😀 powiedzmy, że zaklasyfikuję go na szybko jako stereotypowego dresiarza. Zapewne niewiele wie o świecie, jego marzeniem jest pójść na ustawkę, a jego dziewczyna to „dupa”, a nie ukochana. I teraz mam dwa wyjścia albo pójść za tym stereotypem, albo sprawdzić czy mam rację 😀 Zdarzyło mi się nie raz, że nie miałam 🙂 Jeśli widzę człowieka ze szpakowatą potarganą czupryną, niezmiernie opalonego, dającego wrażenie lekko hmmm zakurzonego, w nieco wygniecionych spodniach to pierwsza szybka ocena, to bezdomny. Punt widzenia zmienia się, gdy w ręku trzyma torbę od Dolce & Gabanna, a jego mokasyny nie wyglądają na zniszczone. Gdy widzę dwóch mężczyzn w autobusie nie pachnących fiołkami, z torbami wyładowanymi dobytkiem, jeden z nich z piwkiem, obydwaj ze zmierzwioną fryzurą to szybko myślę bezdomny – kłopot. Ale gdy wyjmuje grubą książkę z biblioteki to przestaje mi pasować do kategorii „czyści, oczytani ludzie z domem i samochodem” i wtedy pozostaje tylko wstyd, zbieranie szczęki z podłogi autobusu i szybka refleksja, że być może wie o życiu i o świecie więcej niż niejeden czyścioch 😉 Gdy myślimy o ludziach wykształconych nasuwa nam się szybko nierozłącznie taka cecha jak wysoka kultura osobista, a tymczasem niejeden „wykształciuch” nie dorasta do pięt „nie wykształciuchom”. Nie trzeba posługiwać się górnolotnym słownictwem, umieć odpowiedzieć na każde pytanie z zakresu wiedzy ogólnej lub szczegółowej. Wystarczy zobaczyć w drugim człowieka istotę, której warto poświecić swoją uwagę. Być może okaże się, że nauczy nas więcej niż niejeden bibliofil, a my damy mu coś od siebie.

Zatem może oceniajmy, ale sprawdzajmy swoje wnioski 😉

Reklamy

Namiotowe wakacje

Czasem tak bywa, że w naszej głowie pojawiają się pomysły zupełnie irracjonalne. Spontaniczne i nie do końca przemyślane. Takie: chcę i zrobię! W tym roku naszym „chcę i zrobię” były wakacje pod namiotem, spontaniczne i bez ograniczeń. Zabrakło nam siły na wczesne rezerwacje i planowanie. Nie bylibyśmy sobą gdyby wszystko było z górki. Niemalże tuż przed naszym wyjazdem, który zakładał przemieszczanie się po Polsce z rowerkami, namiotem i tysiącem potrzebnych rzeczy pewna Pani zagapiwszy się na niczemu winnego rowerzystę na poziomym rowerze wjechała w nasz samochodowy tyłek 😀 Pozostał nam na szczęście samochód zastępczy, który w drugim dniu przebywania na północy kraju kazano nam zwrócić 😉 Jako, że nasze auto wciąż leżało na samochodowym OIOM – ie mogliśmy na szczęście nadal przemieszczać się zastępczym.

Pod namiot wybraliśmy się dzięki Ani z bloga The Beduins, która dodała mi odwagi, że tak! Da się pojechać z dzieciakami! Nikt nie umrze! Nikt nie zasyfi się! Nie złapie grzyba w skromnym prysznicu! Nie zatruje się w kuchni, która sentymentalnie przypominała mi kuchnię mojej prababci na wsi, w której gotowałam zupę z warzyw (a jakże!) ale soloną piachem 😀 Pojechaliśmy tam dokąd chciały dzieci. Nad morze, a potem do osady leśnej u progu Roztocza. Rozstrzał kilometrowy, ale nie myśleliśmy o tym. Wciąż było „chcę i zrobię to!”, o reszcie pomyślę później, czyli w drodze albo na miejscu 🙂

Radary informujące o zbliżających się opadach mających trwać kilka dni wykurzyły nas z północy. O poranku podjęliśmy szybką decyzję „jedziemy do Doboszówki” – znalezionego trzy lata temu raju. Z krótkim postojem na noc w Warszawie wylądowaliśmy w cudownym miejscu, w którym bezkres nocnego nieba porywa spojrzenia, hipnotyzuje tak bardzo, że chciałoby się je pochłonąć. To takie chwile w których nie musisz mieć pragnienia lotu w kosmos, bo masz go na „wyciągnięcie ręki” 🙂

Tegoroczne wakacje zerwały kilka granic, które wydawały się nieprzekraczalne. Nasze dzieci przezwyciężały swój strach próbując wyjątkowo wielu nowych rzeczy, nieprzymuszane. Niesamowite było obserwowanie tego jak to robią. Mogę się od nich uczyć 😉

Podczas pobytu w Doboszówce, miałam okazję obserwować kilka rodzin, które przyjechały z dzieciakami w wieku szkolnym. Niesamowite jak „dzikie” były te dzieci. Jak wskakiwały w ubraniach do wody. Nikt nie wrzeszczał na nie, że brudno, że mokro. Patrząc na nich wszystkich miało się wrażenie, że to bycie dorosłych i dzieci samo płynie. Być może to były pobieżne i mylne obserwacje, ale wiem że ja też tak chcę w relacji z dziećmi – pozwolić im doświadczać 🙂 Nie zrzędzić i nie pilnować sterylności.

Po miesiącu bycia poza domem w warunkach mniej lub bardziej wiejskich przy każdym krojeniu warzyw lub owoców pojawia się myśl „czy to do kompostownika?” 😉 Przesiąkłam tą nieskrępowaną miejskimi zasadami wolnością i naturalnością.

Czy udało mi się zwolnić? Nie poganiać? Nie zrzędzić?
Nie do końca. Wciąż jestem niewolnikiem czasu, nieco zbyt zmęczonym, by nie zrzędzić 😉 Wróciłam z nauką dla siebie i o sobie.

Udało mi się za to notorycznie gubić telefon i… nie szukać go 🙂

Za nami nowe doświadczenia, jeszcze dużo musimy się nauczyć o podróżowaniu z namiotem, ale przecież właśnie zaczęliśmy się uczyć jak to robić, żeby było dobrze dla nas. Kapryśna pogoda w Polsce sprzyja namiotowym wypadom i mam nadzieję, że takich jeszcze przed nami wiele. Najważniejsze, że całej naszej czwórce namiotowe wakacje podobały się 😉

Nie ma rzeczy niemożliwych, a chcieć to móc 🙂 I już tęsknię do raju 😉

 

DSC06341DSC06343

DSC06388

DSC06398

DSC06679

 

Tort Minionki

Minionki – nie wiem, nie znam, nie wiem o co chodzi 😉 Nie muszę, ale chętnie podjęłam wyzwanie 🙂 Gdy ktoś zwraca się do mnie z prośbą u wykonanie tortu marzeń dla solenizantki/solenizanta lubię ustalać wszystkie szczegóły. W końcu to nie dla mnie tort. Tak było tym razem, pod uwagę zostały wzięte preferencje smakowe, wizualne i wszystko tak dopasowane żeby było jak najlepiej. Zdaje się, że się udało 🙂

Tort z biszkoptowych blatów i kremu malinowego.

0DSC06136

DSC06138

Tort na mące orkiszowej i bezlaktozowy

Coraz częściej ludzie rezygnują z produktów zawierających gluten i laktozę. Dla niektórych jest to odpowiedź na wiodące trendy żywieniowe, dla innych konieczność. Znam ten temat bo laktoza jest w naszym domu wrogiem, a do wyeliminowania glutenu przekonywał mnie już pewien specjalista. Jestem jednak w tym temacie dość oporna.

Całkiem niedawno spotkałam dwie fajne dziewczyny… bezglutenowe i bezlaktozowe 😉
I przyszło mi do głowy, że właściwie dla ludzi którzy nie mogą lub nie chcą spożywać tych „ustrojstw” chyba nie lada wyczynem jest kupić tort. Długo nie musiałam czekać, aby zmierzyć się z tym tematem 😉

Jedna z nich postawiła przede mną wyzwanie przygotowania tortu dla Mamy, która również nie spożywa glutenu i laktozy. To wyzwanie było wyjątkowo ekscytujące, bo ze składników innych niż zwykle; bo starałam się wyeliminować pszenicę z każdego składnika, nawet proszek do pieczenia wyleciał z hukiem z przepisu; bo Mama została mi opisana jako magiczna kobieta, zasugerowano runy i trawę będącymi dekoracją tortu, a to uruchomiło w mojej głowie kilka projektów.

Finalnie powstał pomysł połączenia magicznych kamieni z mchem wspinającym się na tort niczym wycięty fragment lasu. Chciałam osiągnąć efekt naturalnej dzikości i tajemnicy. Tort składał się z dwóch jasnych biszkoptów na mące orkiszowej (dla bezglutenowców jest łatwiej przyswajalna mimo zawartości glutenu) i jednego blatu szpinakowego na tejże mące. Przełożone zostały kremem maślano – budyniowym i jeżynami. Do kremu dodałam cukier z prawdziwą wanilią. Całość „otynkowana” kremem maślanym (bez laktozy ;-)). Runy zrobione z masy cukrowej, oprószone herbatą matcha niczym zmurszałe kamienie.

To była fantastyczna praca nad opisami, wyobrażeniami, oczekiwaniami, fakturami i detalami.

Czy mógłby być bardziej spektakularny? Pewnie mógłby. Ale ja go „poczułam” właśnie tak:

 

0DSC06173

0DSC06175

Dziękuję G. za zaufanie! 😉

Cisza

Cicho tu jakoś i spokojnie 😉 Ale jestem i żyję 😉 Tegoroczne wakacje upływają mi w bliskim kontakcie z naturą i bardzo ograniczonym dostępem do Internetu. Dzięki temu mam więcej czasu dla dzieci i na spokój w głowie. Gonitwa myśli zatrzymana. Po powrocie nadrobię wpisy, bo nie próżnuję 😉 Dzieje się. A tymczasem odpoczywajmy!

WP_20170702_15_02_58_ProNa zdjęciu jeden z naszych wakacyjnych towarzyszy 🙂

Sernik pleśniowy (wytrawny)

Ten sernik był formą prezentu dla najbliższej mi osoby. Niesamowicie wspierającej, zawsze i wszędzie. Ten Ktoś jest reprezentacją bezwarunkowej miłości. Życzę Wam byście taką osobę na swojej drodze spotkali. Bardzo chciałam zrobić ten sernik, bo ten Ktoś lubi sery pleśniowy, których ja nie znoszę, więc to był wyjątkowy wyczyn z mojej strony. Znieść ten zapach i… ten smak 😉 Nasz Młody pytał „mamo co tu tak śmierdzi?” 😉 W przepisie podane były składniki, ale nie konkretne ich ilości. Robiąc go czułam się jak czarownica, która miesza w garze coś, nie wiedząc tak naprawdę co. Doznanie ekscytujące 😉 Szczególną radość sprawiało mi zrobienie galaretki z gruszek, pomarańczy, imbiru i herbaty. Długie gotowanie, podlewanie gruszki mhmm 🙂 Przepis pochodzi z programu Bake Off – Ale ciacho! i jest pomysłem Małgosi Nagat.

0DSC05760

0DSC05763

Tort szpinakowy

Kolejny poziom wtajemniczenia – żywe kwiaty na torcie. Wiedziałam, że będą to eustomy, bo bardzo lubię te kwiaty. Trochę przypominają róże, ale wydaja mi się mniej oficjalne, więc bardziej odpowiadały moim upodobaniom 😉

Tort, który z założenia miał być prosty i elegancki dekoracyjnie. W środku, być może ku Waszemu zaskoczeniu, blaty szpinakowe przełożone kremem śmietankowym i plasterkami truskawek. Jak widać znane już ciasto szpinakowe może być prostym ciastem z keksówki, ciastem przełożonym kremem albo tortem – wszystko zależy od naszej inwencji. Nam bardzo w tym wydaniu smakował 😉

Może wyglądać tak:

0DSC03305

Albo tak:

0DSC05730

0DSC05732